Maciej Górnicki

Wstęp do Kościoła

... dla kompletnie niewtajemniczonych

 

Coraz więcej ludzi, których napotykam na co dzień, zadaje sobie (i mi) rozmaite pytania dotyczące wiary i Kościoła, na które odpowiedź nie jest skomplikowana, a jednak z jakiegoś powodu jej nie znajdują. Sądzę, że powodem jest zawiły kościelny język. Jezus mówił do ludzi w przypowieściach, które były jasne w swym przesłaniu. Dopiero potem wyjaśniał ich głębszy sens swoim uczniom. Myślę, że w dzisiejszym duszpasterstwie dominuje podejście kompletnie odwrotne: zamiast mówić do ludzi ich językiem, posługujemy się językiem ciężkiej, akademickiej teologii. Z góry przepraszam więc czytelników, którzy zgorszą się być może zbyt trywialnym potraktowaniem poważnych kwestii, ale o to mi właśnie chodzi. Skoro Jezus mógł mówić o Królestwie Bożym opowiadając o owieczkach, poszukiwaniu skarbów, zagniataniu ciasta, to chyba jest to dobry wzorzec duszpasterski także i dzisiaj.

 

Zacznijmy od kilku pytań na temat Kościoła, które zazwyczaj zadają sobie ludzie mało lub w ogóle z nim nie związani. Po pierwsze, dlaczego Kościół wtrąca się do polityki i czy musi się wtrącać? Aby odpowiedzieć na to pytanie, trzeba zadać sobie pytanie pomocnicze: czy mówimy o Kościele „my” (to znaczy wszyscy ochrzczeni), czy „oni”, to znaczy księża i biskupi? Jeśli rozumiemy Kościół szeroko, to pytanie jest po prostu bezsensowne: przecież nikt nie oczekuje, że „my”, to znaczy wszyscy chrześcijanie będą stronić od polityki, bo to po prostu niemożliwe. Musielibyśmy się „wypisać” z państwa, przestać głosować, przestać wypowiadać się w kwestiach społecznych, etycznych, gospodarczych — wszystkie one bowiem jakoś związane są z uprawianiem polityki. Jeśli natomiast myślimy o Kościele jako o „nich”, czyli tych, którzy noszą sutanny czy habity, to odpowiedź jest jasna: duchowni nie mogą bezpośrednio uprawiać polityki. W prawie kanonicznym istnieje jasny zakaz przynależności duchownych do partii politycznych i czynnego udziału w polityce poza wyjątkowymi sytuacjami, które muszą być wyraźnie wskazane przez władze kościelne (kanon 287). Jednocześnie jednak duchowni pozostają obywatelami swojego państwa (bynajmniej nie są obywatelami Watykanu!) i mają prawo brać udział w wyborach, tak jak wszyscy inni obywatele. Trudno też oczekiwać, że nie będą się wypowiadać na tematy etyczne czy społeczne. To bowiem, że kwestie etyczne czy społeczne mają związek z polityką nie oznacza, że są wprost politykowaniem. To raczej polityka próbuje zawłaszczyć różne sfery życia i je zdominować, zamiast zajmować się tym, co jest jej właściwym przedmiotem: rozumnym sprawowaniem władzy. Trzeba więc wyraźnie rozróżnić prawo do wypowiedzi w istotnych kwestiach od posługiwaniem się takimi czy innymi argumentami w celu osiągnięcia władzy. To pierwsze Kościół może i powinien robić, tego drugiego powinien się wystrzegać.

Drugie pytanie, z którym najczęściej się spotykam to, czemu Kościół nie pozwala ludziom cieszyć się życiem, tylko wymyśla tyle różnych zakazów? Na przykład, co jest złego w tym, że dwoje kochających się ludzi współżyje ze sobą nie biorąc ślubu? Albo co jest złego w tym, że tych samych dwoje ludzi weźmie ślub, a po jakimś czasie stwierdzi, że już nie mogą ze sobą wytrzymać i wezmą rozwód? Czy komuś dzieje się krzywda? Być może kogoś to zdziwi, ale Kościół wcale nie twierdzi, że wszyscy ludzie, którzy chcą ze sobą współżyć seksualnie muszą brać ślub. Nie zabrania też ludziom się rozwodzić. Kościół stawia takie wymagania wyłącznie chrześcijanom, a nie wszystkim ludziom. Nikt nie ma obowiązku być chrześcijaninem. Być chrześcijaninem, czyli uczniem Chrystusa to znaczy przekraczać „normy minimum”, czyli próbować żyć lepiej, realizować ideały, które niosą ze sobą większą odpowiedzialność, ale i większe szczęście.

Odpowiedź na pytanie o „wyśrubowane” normy moralne, jakie stawia Kościół swym członkom wymaga więc zadania sobie wcześniej jeszcze jednego pytania: czy na pewno chcę być chrześcijaninem? Czy rozumiem, co zyskuję, a co ewentualnie tracę, stając się uczniem Chrystusa? Chrześcijaństwo nie zaczyna się od spełniania wymagań moralnych. Co więcej, dla chrześcijan jest absolutnie jasne, że człowiek po prostu nie da rady spełnić tych wymagań. Gdyby tak było, Chrystus nie musiałby za nas umierać. Pisze o tym wyraźnie święty Paweł:

„Człowiek osiąga usprawiedliwienie nie przez wypełnianie Prawa za pomocą uczynków, lecz jedynie przez wiarę w Jezusa Chrystusa. (...) Jeżeli zaś usprawiedliwienie dokonuje się przez Prawo, to Chrystus umarł na darmo” (Gal 2,16.21)

Krótko mówiąc, jeśli decyduję się być chrześcijaninem, to muszę zacząć od spotkania z Jezusem, a nie od norm moralnych. Każde inne podejście do chrześcijaństwa jest stawianiem rzeczy na głowie.

Apostołowie zostali powołani przez Jezusa nie dlatego, że świetnie im wychodziło w życiu. Można powiedzieć, że raczej im nie wychodziło. Byli prostymi ludźmi, pełnymi ludzkich słabości i przywar. Piotr był porywczy, miał temperament sangwinika, który szybko podejmuje decyzję, ale nie potrafi w niej wytrwać. Jakub i Jan chcieli władzy. Inni uczniowie też nie za bardzo rozumieli to, co mówił Jezus, zwłaszcza gdy przedstawiał im konkretne wyzwania: „Jeśli kto chce pójść za Mną, niech się zaprze samego siebie” (Mt 16,24). Wypowiedział te słowa chwilę po ostrym zbesztaniu Piotra: „zejdź mi z oczu, szatanie. Jesteś mi zawadą...” Nie ma więc co się czarować: apostołowie nieszczególnie pasowali do ideału, którym był Jezus, siebie samego stawiając im za wzór.

Nie oszukujmy się więc i my: nie da się zostać uczniem Chrystusa z pozycji „wiem wszystko”, „umiem wszystko”, „dam sobie radę ze wszystkim”. Ci, którzy tak uważają, prędzej czy później przekonają się, jak bardzo się mylą. Pycha zawsze kroczy przed upadkiem. Dopiero kiedy upadniemy, kiedy przekonamy się, jak bardzo nie dajemy rady, jak bardzo mało wiemy i umiemy, możemy stać się uczniami Chrystusa. Cytując jeszcze raz św. Pawła:

Bóg wybrał właśnie to, co głupie w oczach świata, aby zawstydzić mędrców, wybrał to, co niemocne, aby mocnych poniżyć (1Kor 1,27)

Krótko mówiąc, Bóg nie potrzebuje naszej doskonałości moralnej, aby doprowadzić nas do pełni szczęścia. Potrzebuje tylko tego, żebyśmy uznali prawdę o sobie samych: wszyscy ludzie są słabi, mają skłonności do grzechu i po prostu nie dają rady w życiu. Mówiąc współczesnym językiem: „nie ogarniają życia”. Nawet ci, którzy się „wybili”, zostając celebrytami, politykami czy naukowcami — gdy przyjrzymy się bliżej ich życiu — są w istocie słabi i z wieloma rzeczami nie dają sobie rady. Bardzo często ceną ich „wybitności” jest nieudane życie rodzinne, trudny charakter, słabości w innych dziedzinach poza tą jedyną, w której osiągnęli sukces.

Po co jest więc chrześcijaństwo? Co proponuje Jezus tym, którzy zdecydują się pójść za Nim? Czy chodzi tylko o to, żeby jakoś przemknąć przez to życie („padół łez i rozpaczy”), żeby jakoś dostać się do nieba? Jeśli tak rozumiesz sens chrześcijaństwa, to mam dla ciebie dobrą wiadomość: nie, nie o to chodzi. Niebo dla chrześcijanina jest koroną dobrego życia. Wystarczy poczytać życiorysy świętych (ale nie te cukierkowe, tylko autentyczne), żeby przekonać się, że ci, którzy poważnie potraktowali wezwanie Jezusa, żyli życiem szczęśliwym. Przede wszystkim doświadczyli czegoś, czego nie może dać nikt inny poza Jezusem: głębokiego wewnętrznego pokoju, który wynika z rzeczywistej (a nie tylko myślowej) relacji z Bogiem.

I tu dochodzimy do kluczowego pytania w naszym „wstępie do Kościoła”. Zadaj je sobie sam. Jaka jest twoja relacja z Bogiem? Czy jest to relacja rzeczywista, faktyczna, konkretna, czy tylko myślowa? Myślenie o czymś albo o kimś nie sprawia jeszcze, że faktycznie się tym czymś zajmuję albo że mam faktycznie z kimś żywą relację. Można godzinami rozmyślać o wspaniałych samochodach, nadal chodząc piechotą albo jeżdżąc starym rzęchem. Można latami myśleć o idealnym partnerze życiowym, pozostając singlem, sfrustrowanym i zgorzkniałym w swej samotności. Wydaje mi się, że zdecydowana większość ludzi, także tych, którzy uważają się za chrześcijan właśnie w taki sposób podchodzi do Boga: myśląc o Nim, wahając się ciągle między wiarą a niewiarą.

Myślenie o Bogu nie wystarczy. Myślą o Nim wierzący i niewierzący. Myślą chrześcijanie, muzułmanie, buddyści i hinduiści. Myślą monoteiści i politeiści. Myślą racjonaliści i sentymentaliści. Tymczasem Boga nie da się poznać przez myślenie o Nim, podobnie jak nie da się poznać mężczyzny (lub kobiety) swojego życia przez myślenie o nim (niej). Trzeba się z nim spotkać, rozmawiać z nim, podjąć wspólne decyzje, a potem razem iść przez życie. I wtedy rzeczywiście można poznać drugą osobę. A Bóg nie jest bytem myślowym, tylko osobą. Jeśli więc chciałbyś choć trochę zrozumieć, o co chodzi w Kościele, co Kościół ma do zaoferowania, co możesz zyskać — to musisz zacząć od spotkania Boga żywego, a nie Boga, którego nosisz w swojej głowie. I to właśnie proponuje ci Jezus: spotkanie z żywym Bogiem. I dopiero z tego spotkania wynika cała reszta chrześcijaństwa. Bez tego spotkania chrześcijaństwo podobne jest do plecaka, w którym brakuje dna. Im więcej pięknych i cennych rzeczy wrzucimy do takiego plecaka, tym więcej ich się roztrzaska o ziemię.

Jeśli więc pragniesz pójść o krok dalej, potrzebujesz stanąć przed Bogiem, powiedzieć Mu: „tak, przyznaję, sam nie daję rady. Potrzebuję Ciebie. Chcę spotkać Ciebie. Wierzę, że faktycznie posłałeś swojego Syna, aby przyprowadził mnie do Ciebie. Proszę, odpowiedz na moje pragnienie — chcę iść przez życie razem z Tobą”. Nie znam osoby, która szczerze zwróciłaby się w ten sposób do Boga i doznałaby zawodu. Bóg odpowiada na szczerze wyznane pragnienie serca.

A co dalej z tego wynika i do czego może to cię doprowadzić — o tym wkrótce.

 


07.12.2017 01:09:18